A niech to pech!

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad swoim losem? Kto nim kieruje, kto układa plany, właśnie dla Was? Kto splata wasze drogi, wiedzie po różnorakich ścieżkach. Czasem jest pod górkę, czasem odczujecie piętno cierpienia, a niekiedy jesteście na szczycie. Myślicie, że czasem prześladuje was pech, który wszystko psuje? Może chcielibyście poznać krótką historyjkę napisaną przez życie? Zapowiadam, że przeplatał ją czasem ten intruz. Nie chodzi o stare przesądy typu – czarny kot, piątek trzynastego, ani zbite lustro powodujące aż siedem lat nieszczęść. Życie jest na to za krótkie! Chodzi o takiego pecha, który jest przypisany do osoby. Pewnie uważacie, że takowy potrafi zabić wszelakie nadzieje i dobre emocje w danej istocie. Mylicie się, a ja spróbuję wam to udowodnić. A zatem trzymajcie się swoich foteli, krzeseł, czy czegokolwiek i ruszamy w podróż po mały świecie garbatego szczęścia.
Żeby ułatwić sprawę możecie wstawić swoje imię w miejsce jednego z głównych bohaterów. To bez różnicy, bo wszelakie prawdopodobieństwo może być wynikiem przypadku. Może ja też wykonam podobną czynność. Nazwijmy ją pospolicie. Tak żeby było każdemu blisko i realnie. Co powiecie na Annie? Może być, prawda? Teraz stwórzmy jej wygląd. Annie ma… A może wystarczy podejść do lustra i spojrzeć sobie w oczy. Może, gdzieś na dnie duszy kuli się, w kącie, taka maluteńka osóbka, która mogłaby zagrać tę rolę? Chociaż jej zarys, cień. Przyjrzyj się uważnie. To jest właśnie Annie, czyli kawałek Twojej duszy. Tak, właśnie Twojej. To Ty możesz być bohaterką lub bohaterem. To Ty możesz kreować tę historię, tak będzie o wiele łatwiej. Dla Ciebie, dla mnie i dla nich.
Wyobraź sobie, że Annie szła parkową aleją, która zasypywał biały puch. Delikatne płatki śniegu wolno opadały ku ziemi, a niektóre zatrzymywały się na materiale płaszcza dziewczyny, po czym bezpowrotnie znikały. Wszystko wokół pachniało atmosferą po świąteczną, a Annie już bolały oczy od patrzenia na świąteczne lampki i kolorowe drzewka. Przestała lubić święta, gdy zaczął dokuczać jej pech. Teraz musiał, właśnie przez niego, samotnie rozwikłać zagadki dnia i uczyć się żyć samemu. Po pamiętnym wypadku została zupełnie sama. Była zmuszona Radzic sobie w zupełnie obcym świecie, jak człowiek bez kciuka.
Aktualnie miała w ręce siatkę zakupów, która jej ciążyła. Ręka zdrętwiała od noszenia, ale zostało jej jeszcze niewiele drogi, więc trwała dalej. Śpieszyła się, by zagłębić swoje ciało w kącie małego mieszkania, otulić puszystym kocem, a w rękach trzymać kubek kakao. To zdecydowanie był najlepszy fragment jej życia. Nie musiała sprzątać, słuchać nikogo. Mogła siedzieć na fotelu - bezkońca. Nie musiałaby wtedy zastanawiać się nad tym co będzie. Trwałaby w miłej otchłani, którą można nazwać symbolicznym zatrzymaniem chwili. Tak jak powinno być.
Śnieg pokrył ziemię i nie można było widzieć nic, oprócz bieli. Zieleń trawy zniknęła, okryta kołderką. Światła latarni odbijały się od niej ze zdwojoną siłą, ale nie potrafiły przejrzeć go, jak promienie rentgena. Niestety. I jedynie dlatego, w pewnej chwili Annie straciła równowagę i upadła na śliską powierzchnię chodnika, gdzie pod bielą ukrywała się zamrożona woda. Sprytne, co? Prawdziwy raj dla dzieci, które lubią ślizgawki. Annie nigdy do takich nie należała. Zwykle omijała lodowiska, a ulice przemierzała z nadmierną ostrożnością. Znając jej życiorys zrozumielibyście. Leżąc tak na ziemi, było jej bardzo nie na rękę. Chciała się wić z bólu, ale lepiej było gdy wytrzymywała w bezruchu. Przed oczami pojawiły się jej, tak zwane mroczki. Ciemne plamy. Czekała, aż ból z piszczela przeniesie się dalej. Zacisnęła zęby i nie obchodził ją już nic. Nie zwracała uwagi  na otaczające drzewa, rzeczy, które były tka blisko niej. Nie zważała na rozdartą foliową torbę, z której posypały się produkty. Powinna w końcu zainwestować w materiałową, wielorazowego użytku, a wtedy nic takiego by nie miało miejsca. Ma nauczkę!
 Nie wiedziała, że jedna puszka z konserwą potoczyła się lekko, dalej, wprost pod nogi jednego z przechodniów. Nawet nie słyszała tego charakterystycznego odgłosu, ponieważ była zajęta sobą. Co za egoistka – pewnie pomyślałby ktoś, ale przyznajcie rację, że ból, który potrafi sprawić zamrożenie zmysłów, jest wyjaśnieniem.
Młody mężczyzna przykucnął i wziął do ręki produkt. Przekręcił go w zmarzniętych palcach i spojrzał w kierunku, z którego przybyła. Jego brwi automatycznie się ściągnęły. Podszedł do leżącej nieznajomej. Zdziwiła go swoją postawą, ale pominął to. Mogła być przeciętnym bezdomnym, bądź robiła to specjalnie, by wzbudzić zainteresowanie, a później okraść z zimną krwią. Zwykle nie reagował na takie zaczepki, ale ten banalny produkt wzbudził w nim zainteresowanie.
–  Wszystko w porządku? – spytał.
Nie dostał odpowiedzi. Zdenerwowało go to. Pofatygował się, a tu kompletny brak słów. Mimo słabego oświetlenia, w tym zakątku przyglądał się dziewczynie i zauważył, że ta zaciska zęby. Widział już takie przypadki. Z nieznajomą było coś nie w porządku. Podszedł bliżej i ukucnął przy dziewczynie. Zrozumiał jej jęk bólu. Coś musiało się stać. Szybkim ruchem wyjął telefon komórkowy i zadzwonił tam gdzie trzeba. Z skąd w nim ta litość i pomoc? Sam chciałby pytać, a nie znalazłby chyba sensownej odpowiedzi.
Po kilkunastu minutach przyjechało pogotowie, a on patrzył. Samotnie stał obserwując jak ratownicy zamykają drzwi karetki i zaraz pędzą na sygnale w kierunku szpitala. W jego ręce znajdowała się tylko ta zimna puszka z jedzeniem. A niech to! Zapomniał jej dać, ale poczuł, że wraz z tą puszką przyszedł pewny ciężar, jakby coś w niewyjaśniony sposób przykleiło się do niego i nie chciało puścić. Fatum? Nagle poczuł wibrowanie w tylniej kieszeni dżinsów. Sięgnął wolną ręką po telefon i nawet nie patrząc na wyświetlany numer odebrał połączenie. Mruknął coś do głośnika, bo nadal był myślami przy karetce.
–  Stary – dotarło do niego – mamy problem.
Głos współlokatora był śmiertelnie poważny, a było to rzadkością, więc chłopak spróbował się skupić na słowach kumpla. Spojrzał w dół, by ułatwić koncentrowanie się.
– Co jest?
– Właśnie zepsuła się pralka. – Kompan zawiesił głos i odczekał chwilę. – Tylko się nie denerwuj, bo…
–  Bo? – ponaglił lekko poirytowany.
–  Bo troszeczkę zalało nam mieszkanie…
–  Co? – głucho zapytał, a sens wcześniejszych słów przyjaciela powoli docierał do jego rozproszonego umysłu.
–  No, a to pech…


*

Kilka miesięcy później pogoda dopisywała, a świat budził się do życia. Dziewczyna szła w kierunku uczelni, kuśtykając na jedną nogę. Wykłady miały się zacząć za piętnaście  minut, a zostało jej jeszcze trochę drogi do przebycia. Za późno wstała i nie przemyślała, że z takim utrudnieniem będzie iść wolniej. Od jakiegoś czasu nie zaznała spokoju z wadliwym poruszaniem się po domu, żeby nie narobić zamieszania. Wszystko zaczęło się od dnia, w którym złamała nogę. Gips, był odrażający, a takie coś zimą - jeszcze gorsze. Musiała codziennie męczyć się i ledwo co wychodziła z domu. W jej bloku nie było windy, a każdy stopień sprawiał trudność, jak rocznemu dziecku. Zakupy robiła jej sąsiadka, a o inną pomoc czasem prosiła znajomych. Ale kto by chciał siedzieć cały dzień z kaleką, która co rusz musiała uważać by nie zbić jakiegoś wazonu, czy nie przewrócić kubka z niedopitą kawą? Była uciążliwym wrzodem, którego za nic nie dało się wytępić. Zrobiła się marudna i pechowa. Ludzie z mniejszą ochotą ją odwiedzali, a gdy dzwoniła, wykręcali się od rozmowy, czy odwiedzin. Nudziła się przeraźliwie i tylko nauka, pomagała  jej jakoś przetrwać ten okres.
Dziś szła na uczelnię i zrezygnowała z kul ortopedycznych. Mówiła sobie, że to tylko kawałek i nie ma zamiaru paradować z czterema nogami. Wołała iść na swoich dwóch nie do końca sprawnych, ale swoich. W długiej zwiewnej spódnicy nie było widać zszarzałej bieli opatrunku - zakrywała jej ohydną niekorzyść. Właśnie przez to zdążyła zapomnieć co to dobra zabawa, a co dopiero uśmiech niespowodowany litością. Nienawidziła, gdy ktoś ją tak traktował. To nie była jej wina, że lód pojawił się właśnie tam, gdzie szła. I tu trzeba przyznać, że miała rację.
Dotarła do przejścia dla pieszych w mało ruchliwej ulicy i lekko utykając weszła wprost pod jadący samochód. Jakim cudem go nie zauważyła? Była chyba pewna, że za rogu nic nie może jej wyskoczyć, a po za tym była uprzywilejowana i nie miała zamiaru tego sobie odpuścić. Była przecież kaleką! To co, że nie stosowała urządzeń pomocniczych. Kierowca powinien zatrzymać się przed pasami, a nie jechać zawrotna szybkością.
Samochód automatycznie zahamował z piskiem i zatrzymał się niecały metr przed poszkodowaną. Niespiesznie odwróciła głowę w kierunku kierowcy z zamiarem nakrzyczenia na jego styl jazdy. Szyba czarnego auta zjechała na dół, a tam pojawiła się męska głowa dwudziestoparolatka. Bezczelnie się uśmiechał!  
–  Jak jeździsz, barania! – wrzasnęła na niego, nie zwracając sobie głowy spojrzeniami, przechodzących nieopodal starszych pań.
–  Jak chodzisz, laleczko! – przedrzeźniał ją.
Dziewczyna zacisnęła szczękę i dumnie się wyprostowała umyślnie stawiając mniejsze kroki. Utykała, ale dzielnie to wytrzymała. Chciała uprzykrzyć życie kierowcy, chciała pokazać mu, kto jest górą. Uśmiech na jego ustach był denerwujący, ale to iż obserwował ją z pewnym znudzeniem chyba jeszcze gorsze. Była uparta i konsekwentna. Ona cierpi, to on też musi! To ma być sprawiedliwość. Jak trzeba, to i ją będzie wymierzać. Bezczelny!
– Wolniej się nie dało? – Usłyszała za plecami głos i zignorowała go.
Chłopak pokręcił głową. Rozbawiła go ta cała sytuacja do granic możliwości. Jeszcze raz obejrzał się za odchodzącą dziewczyną i zauważył, że stawia dziwne kroki. Szła krzywo, ale nie wiedział dlaczego. To go zaintrygowało. Przechylała się na prawy bok, a ręce zaciskała w pięści. Nie zauważył wystającej bieli, tam gdzie powinna być stopa. Chyba poczuła, że się na nią patrzy, gdyż odwróciła lekko głowę, więc zamknął szybę i docisnął pedał gazu. Zniknął, a z tylnego siedzenia doszedł go dźwięk, że siatka z zakupami poruszyła się niebezpiecznie i  z grzechotem spadła jakaś puszka konserwy lokując się gdzieś pod siedzeniem. Znów poczuł nieznany ciężar na duszy i odruchowo zaczął przeszukiwać kieszenie, by wziąć do ręki telefon. Nie znalazł go. Przemacał każdy fragment, zajrzał do skrytki, a na światłach obejrzał się do tyłu. Nie wkładał go chyba gdzie indziej, a jeszcze nie dawno, w sklepie miał go w tylnej kieszeni dżinsów. Doigrał się! A to pech…

*

Miała ochotę zajrzeć do kawiarni na lody. Zachęciła do tego przedsięwzięcia koleżankę z roku, ale ta odmówił tłumacząc się rodziną, inna zaś chłopakiem, więc Annie została sama. Nie zamierzała szybko rezygnować z tej przyjemności, więc wybrała odpowiednie miejsce i skierowała się ku niemu. Tak mogła spokojnie poczytać. Zbrzydł już jej hałas roznoszący się po mieszkaniu. Trwały remonty, a głośne dźwięki towarzyszyły mieszkańcom od godzin porannych. Nie rozumiała dlaczego tak wcześnie. Mogli wybrać lepszą porę, a w takich okolicznościach nie można było pospać, mieszkać i ewentualnie zdrzemnąć się. W nocy panowała na szczęście cisza.
Dziewczyna otworzył drzwi kawiarenki i doleciał do niej słodki zapach cukierniczych wyrobów. Wystrój wnętrza budził podziw, bo choć skromnie to gustownie. Szare ściany, niebieskie dodatki oraz fototapeta na jednej ścianie przedstawiająca ocean. Podeszła do lady i uśmiechnęła się do ekspedientki, ta odwdzięczyła się tym samym. Było miło.
Szybka dzieliła Annie od smakołyków, więc przez moment wahania wybrała swój ulubiony deser. Nie było sensu kombinować i poznawać nowe smaki. Kelnerka zapowiedziała, że zaniesie jej zamówienie do stolika, więc bez obaw Annie skierowała się do kątka położonego z boku sali, obok szyby. Położyła swoją torbę na krzesełku obok i wyjęła z niej lekturę. Przez krótki czas obserwowała ludzi. Jakiś dziadek zabrał wnuków na deser, w centrum dwie kobiety zawzięcie plotkowały, a gdzieś w tle zauważyła, po między innymi jasną głowę młodego chłopaka, który miał przed sobą identyczny deser, jaki położyła przed nią kelnerka. Odwróciła na chwilę głowę od dziwnego nieznajomego i podziękowała za fatygę.
 Ślina pojawiła się jej automatycznie w ustach widząc tak banalną, ale dla niej wykwintną potrawę. Wzięła w swoje wątłe palce długą łyżeczkę i zanurzyła w pucharku. Jeden kęs i mogła odpłynąć. Sam zagościł na jej podniebieniu i trzeźwo schłodził jej usta. Otworzyła szerzej oczy i spojrzała w dal. Napotkała wzrok obcego jej blondyna. Patrzył na nią z powagą, a nawet z przerażeniem. Zdała sobie sprawę, że coś w jego twarzy jest nie tak. Nie chodzi o to, że był poturbowany przez los, czy coś, ale wydawał się jej znajomy. Zamrugała oczami i również wlepiła w niego wzrok. Miała ochotę uciec. To był ten sam… Ten sam, który dziś rano by ją potracił. Zauważyła to, gdy pokazał zęby w uśmiechu. Miała ochotę wstać i uciec, ale dziś rano pokazała, że jest twarda. Nie miała przecież pojęcia, że jeszcze kiedykolwiek go spotka. Świat jest mały. A to pech!
 Spłonęła już rumieńcem, więc nie było rady i szybko uciekła wzrokiem. Miała nadzieję, że nie uznał iż to co się stało z jej policzkami może mieć znak w tym, że go rozpoznała. Nie chciała wyjść na panienkę, która tak łatwo traci swoją dumę i honor.  
Postanowiła skupić się na powodzie, dla którego właśnie tu przybyła. Skreśliła już z listy odwiedzin tę kawiarnię, która zdążyła zachwycić ją swoim urokiem i miała zamiar więcej już się tu nie pojawić. Sytuacja była śmieszna, ale co miała zrobić? Zostać i narażać siebie na przybysza, który o mało jej nie rozjechał? Teraz miała dwie opcje – udawać, że jest wszystko w porządku lub gapić się na przybysza, w tak bezczelny sposób jak on sam. To byłoby nie w jej stylu. Chęci do przewertowania książki opuściły ją, ale dla zachowania pozorów otworzyła stronę, na której poprzednim razem skończyła, ale literki mieszały się w ciemne plamy, a treść wcale nie dochodziła do jej umysłu. Zagościł w nim arogancki nieznajomy. Czuła, jak świdruje ją wzrokiem i przeszywa na wylot. Nie chciała tego, ale co mogła poradzić? Nic. Musiała wytrwać, być twardą, jak zawsze, prawda? Ludziom trzeba pokazywać swoją wartość, ponieważ inaczej zgniotą cię jak kartkę papieru i nie będą martwić się o drzewostan.       
– Przepraszam. – Nad jej głową zabrzmiał zabawnie głęboki głos. Podskoczyła i oderwała wzrok od szyby. Nawet nie wiedziała, że patrzyła w tamtym kierunku. – To miejsce jest wolne?
–  Co?
–  Pytam, czy miejsce jest wolne.
Jego oczy spotkały się z jej i doznała dziwnego uczucia splatania. Czuła, jak niewidzialna nić wiąże jej serce, a te oczy przykuwają całą uwagę, traciła kontakt z rzeczywistością, ale na swoje szczęście umysł nie poddał się tak łatwo. Z trudem dotarła, do tej części informacja, że właśnie ten facet o mało jej nie potrącił na pasach, w dodatku dziś rano!
–  Nie – odpowiedziała.
–  A mnie się wydaje, że tak – upierał się głupio.
– A mnie nie, wiesz? Jesteś bezczelnym człowiekiem! Co ty sobie myślisz? Ha?
–  Nic, nic – odsunął się lekko – tak sobie pytam.
–  Tak sobie?
–  Przepraszam. Jednak… przypomniałem sobie, że to byłaś ty…
Patrzył na nią z niepewnością, ale czuła, że za tą imitacją kryje się duszyczka złośliwego chochlika. Myślała, że robie sobie z niej żarty. A tego tak łatwo nie przepuści.
–  Naprawdę? Zastanawiam się kto dał ci prawko!
–  Nie. Nie o tym mówię… Konserwa.
–  Co? – Zaśmiał się słysząc to i uznając słowo za przecinek, czyli jego typową odzywkę. – Dobrze się człowieku czujesz?
– Może zacznę z innej beczki. Jak noga? Zdjęli już gips?
Annie odruchowo położyła rękę na nodze. Pod spódnicą ukryty był gips oparty lekko o podłogę. To wymagało od niej pewnego ułożenia, ale i tak mniej rzucał się w oczy, niż normalnie. Był ukryty, a ten facet wiedział. Popatrzyła na niego ponuro.
–  Nie? Zimą złamałaś nogą.
– Wiem – odburknęła. – Na co czekasz?
–  Na oklaski i fanfary.
–  O mało mnie nie rozjechałeś, człowieku!
–  Widzę, że dużo nas łączy.
Wskazał na pucharek i książkę. Dziewczyna prychnęła. Nie spodziewał się, że ten typ będzie aż tak niewyrafinowany by z nią rozmawiać. Po tym co usłyszała zanosił się jej na śmiech, ale była też zła na niego, bo nie posłuchał jej i usiadł obok stawiając swój dobytek. Jak na złość obserwował każdy jej ruch i reakcję. Chyba próbował ją rozgryźć. Szybko dokończyła porcję i zebrała dobytek. Patrzył na nią ze ściągniętymi brwiami, ale nic nie mówił. Nie zatrzymał jej. 
 To było niewiarygodne, że tak doskonale zapamiętał jej rysy i sylwetkę. Było tysiące takich jak ta, ale on pamiętał właśnie ją. Tamtego styczniowego wieczora zdążył zapisać sobie w pamięci osóbkę bezimienną, której pomógł, pierwszy raz w życiu. Po kilku minutach bezczynnego siedzenia, gdy plecy dziewczyny zniknęły z pola widzenia, też postanowił się z stąd ulotnić. Wziął do ręki książkę i odruchowo przewrócił jej okładkę.
– Dla Annie… –  przeczytał.
Co za pech! Zwinęła jego lekturę, a zostawiła swoją. Biedaczka, ta Annie. Mimo woli na jego ustach pojawił się uśmiech.

*

Miała tego dość! Tego całego swojego życia, które uprzykrzało jej za każdym razem. Musiała radzić sobie sama. Szła z całym stosem papierów lekko kulejąc. Nikt nie kwapiłby się by pomóc nieznajomej. Oczywiści, wszelką pomoc uznałaby za miły gest, ale i tak zapewniałaby, że to nie potrzebne i sama sobie poradzi. Jak na złość, gdy już dochodziła do klatki, gdzie zajmowała jedno z mieszkań, cała zawartość jej rąk rozsypała się po chodniku. To się nazywa sprawiedliwość? Pierwszym odruchu chciała ukucnąć i pozbierać bałagan, ale w jej przypadku było to raczej nie wykonalne. Przeklęty gips! Cieszyła się na myśl, że jeszcze trochę, a zdejmą jej to świństwo. Unormowała oddech, za pomocą głębokich wdechów i zastanawiała się jakby to wszystko doprowadzić do swojego mieszkania.
Od strony parkingu szli jacyś ludzie, nie chciał wykorzystywać ich zbytnio, ale lepszego pomysłu nie miała. Zawsze czuła, że jest samo niewystarczalna. W tej chwili przydałyby się ręce, które zrobiły by to za nią. Umyślnie udawała, że próbuje się schylać i odsłoniła rąbek długiej sukienki by widać było gips. Byli tuż za nią. Cieszyła się jak dziecko, ale równie dobrze bała się tego śmiałego zagrania, którego próbowała dokonać. Jęknęła dramatycznie, żeby wzbudzić litość.
– W porządku? – usłyszała głos za plecami.
–  Słucham? – Na twarzy przybrała najniewinniejszy obraz i zmusiła się by pokazać cierpienie oraz smutek.
Zamarła na chwile widząc tę dwójkę. Wyższy blondyn uśmiechnął się do niej pokazując białe żeby. Był uroczym chłoptasiem, a ona doskonale znała jego twarz oraz zachowanie. Co za przeklęty pech! Uczepił się jej jak psiego ogona. Złapała się za głowę i dumnie odwróciła. Przestała grać. Chłopak wyprowadził ją znów z równowagi.
– Pomogę ci, Annie – oznajmił.
Odwróciła się do niego zdziwiona, ponieważ wyraźnie słyszała jak wypowiedział jej imię. Było jej z tym źle. Człowiek, który od jakiegoś czasu prześladował jej poukładane życie - znał jej imię! Posunął się do przodu, a ona stała nadal w punkcie wejścia. Nadal był dla niej obcy.
– Sama sobie poradzę – odparła.
–  Jasne, chciałbym to zobaczyć  – prychnął i ukucnął przy jej stopach. – Czemu nie masz kul?
Jego oczy wyglądały z dołu, jak nieprzeniknione morskie oczka. Mógłby hipnotyzować. Było w nich czysto, przejrzyści i tak jakoś miło robiło się na duszy. Zirytowało to Annie. Nienawidziła manipulacji, a on znów to robił.
– Co ci to obchodzi? – burknęła.  
–  Jesteś dziwna.
Przewróciła oczami i odwróciła się od niego. To było niemiłe. Jego towarzysz oglądał tę scenę z niemym wyrazem i nic nie mówił. Przyglądał się, to raz kumplowi, to Annie i próbował rozwikłać zagadkę.
–  Stary?
–  Co?
–  To ta laska, która złamała nogę? A później…
Dziewczyna zmarszczyła brwi i zaczęła przyglądać się  niższemu chłopakowi z zaciekawieniem. Był równym intruzem, co jego kompan. Samym sobą potrafił działać na nerwy. O czym oni mówili? Po co on się o nią pyta? O jej gips? To jakiś ważny element? Pamiętała tamten moment jak przez mgłę. Ból był przeraźliwy, ale poczuła wtedy czyjąś obecność, ktoś jej pomógł i ten zapach. Wciągnęła powietrze nozdrzami. Znów to samo. Rozpoznała. Stał dość blisko, a jej zmysł powonienia był dobrze rozwinięty.
Na jego rękach spoczywały papiery. Patrzył na nią z góry. Teraz poczuła jak kręci jej się w głowie. Poczuła dziwne „coś” przez te jego hipnotyzujące oczy, ale zdawał sobie sprawę, że nie może mu ulec.
– To ty zadzwoniłeś po pogotowie – stwierdziła.
–  Tak –  uradował się.
–  Dzięki.
Spojrzała na stos kartek i wzięła je bez słowa. Odwróciła się i chciała otworzyć drzwi, ale on ją ubiegł. Przytrzymał je ostrożnie, tak żeby mogła wejść. Uśmiechnęła się delikatnie.
– Uważaj na siebie – powiedział za nią.
Miała ochotę odwdzięczyć się tym samym, ale odkryła w tych słowach nutką ironii. Czyżby kpił? Uważał, że nie jest zdolna do zachowania się, tak jak należy? Nie odwróciła się. Dumnie zadarła głowę i wdrapała się po schodach. Nie usłyszała już przebiegu wydarzeń za drzwiami. Miała pecha do tego faceta, i nie tylko ona. On znów ją spotkał i…
–  Stary? – Blondyn odwrócił się na te słowa.
–  Jakaś sroka, chyba leciała – oznajmił kumpel poważnym tonem.
–  Co? – zdenerwował się.
– Masz coś na ramieniu…
– A niech to szlag! – rzucił widząc ohydne „coś” na białej bluzce.
– Ona ewidentnie przynosi ci pecha… - Usłyszał z ust kolegi.

*

Lato zbliżało się ku końcowi. W dusznym mieszkaniu, na samej górze nie było warto siedzieć, dlatego Annie włożyła zwiewną, krótką sukienkę, przełożyła pasek torby na ramię i zamknęła drzwi. Szczęk kluczy w zamku i były zamknięte. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z wysokim mężczyzną. A raczej jego ciałem. Zadarła głowę, by określić przybysza i…
–  A niech to! – powiedział na głos.
–  Witaj, Annie.
–  Człowieku, zastopuj!
Dawno nie miała okazji go spotkać. A wydarzenia związane z nim zaczynały powracać. Jego oczy, bezczelny wyraz twarzy i kpina na ustach przybrana w słowa. Miała dość takich nieproszonych osób w swoim życiu. Chciała go wyminą, ale nie dał się jej tak łatwo. Skutecznie zagrodził drogę przesuwając się równo  z nią - najpierw w prawo, później w lewo.
–  No, dobra, czego chcesz? – Jej oczy powędrowały na górę, na sufit, bo bała się jego kojącego spojrzenia.
– Chciałem ci coś oddać…
–  Naprawdę? Święty spokój?
–  Nie – zaśmiał się  –  tego jeszcze nie mogę.
–  Jeszcze? To o co chodzi?
– Mam twoją książkę.
–  He? – Patrzyła na niego zdziwiona.
Pomachał jej przed oczami okładką i zaraz przypomniała sobie akcję w kawiarni. Mieli dwie identyczne, a ona nawet nie zajrzała do swojego egzemplarza od tamtego czasu, który nawet nie był jej – jak się teraz okazało.
– Wziąłeś ją sobie?
–  To ty pierwsza. Zostawiałaś mi…siebie.
–  Jesteś… – zabrakło jej słów, wiec tylko zacisnęła wargi w wąską linię.
–  To ty mnie prześladujesz – wyznał.
–  Co? Sam się prosisz!
–  Jesteś tego pewna?
–  Aha.
–  Gdzie teraz idziesz? – zapytał odsuwając się lekko.
–  Na dół.
–  Okej. Idę z tobą.
–  W żadnym wypadku – zastrzegła ostro wyciągając wskazujący palec. Sytuacja była śmieszna. Przypomniała sobie jeszcze coś.
– Co z twoją książką?
– Ja zachowuje twoją, a ty moją ?
–  Niech będzie. – Nie chciała się kłócić i poszła mu na rękę. 
Zeszła po schodach w towarzystwie natręta i już wcale się nie odezwała. Dopóki idąc korytarzem, nagle przed nimi wyrosły drzwi. Ktoś otworzył je przed nosem dwojga młodych ludzi nieświadomie. Dziewczyna zdążyła odskoczyć, jednak chłopak był tak zafascynowany swoją towarzyszką, że uderzył wprost. Zaraz oprzytomniał i złapał się za nos. A człowiek, który spowodował tę sytuację zmartwił się i z przerażeniem patrzył na blondyna.
–  Przepraszam – wciąż powtarzał.
– Hej, wszystko w porządku?
Dziewczyna zrzuciła torbę i podeszła do chłopaka. W jej oczach był przestrach, troska i chęć udzielenia pomocy. Tak jak on kiedyś, ta i ona teraz.
– Ty krwawisz.
Po pewnym czasie, w jej mieszkaniu chłopak doszedł do siebie i nic nie wskazywało na to, żeby złamał nos, czy cokolwiek. Mocno się uderzył. Na jego twarzy pojawił się filetowy zarys i nic więcej.
–  A to pech, co? – warknął, gdy dziewczyna usiadał przy nim.
–  Aha, w porządku?
–  Dzięki – wyznał.
–  Nie. To ja zachowuję się jak ostatnia łamaga. Dość mi pomogłeś, a ja się odwdzięczyłam. Napijesz się?  –  Podała mu szklankę  wody, nie czekając na odpowiedź.
–  Wiesz – zaczął – mam wrażenie, że po każdy spotkaniu z tobą, coś się stanie. Tak jakbyś zwiastowała pecha, czy coś…
– Hej, to było niegrzeczne.
– Wiem, ale to prawda.
Opowiedział jej, jak to było z jego przypadkami i dziewczyna zaczęła się śmiać. O dziwo! Nie spodziewał się takiej reakcji. Myślał, że zezłości się, iż on to tak odbiera. Bawił ja i tyle miała na swoje usprawiedliwienie. Ten nieszczęsny urok osobisty był dla niej zgubą, nie potrafiła oprzeć się komuś, kogo miała po dziurki w nosie. Był jej pechem, którego zaczęła odbierać jako miły symbol zabawnej części losu.       

Teraz odejdź od lustra. Zastanów się i niech uśmiech nie opuszcza Twoich ust. Nie ma rzeczy, których nie da się przetrwać. Nawet największy pechowiec zostanie wynagrodzony. Może to właśnie to jest oznaka Twojego szczęścia? Dzięki takiej Annie, która trzyma sprawiedliwość, prawda? Ona jest cząstka Ciebie. To ty jesteś sprawiedliwością i na pewno kiedyś będziesz chciał dokonywać sądów. Nie przesadzaj w tym, bo łatwiej jest być sędzią innych, a nie samego siebie. Rozejrzyj się wokół, może los spiskuje przeciwko Tobie i za rogiem wyjdzie czarny kot? Nie przejmuj się, przyjmij to, jak dają, a kiedyś możesz się z tego uśmiać. Patrząc w kalendarz i widząc tę nieszczęsna trzynastkę uśmiechnij się, dużą role masz właśnie Ty w tym wszystkim. Bo gdyby nie ludzie, to przesądów by nie było. Czasem musi być pod górkę, a raz z górki – świat jest taki kolorowy. Zaraź się optymizmem! Dzielni trwaj przy swoim!



       







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów
CREDITS
Art Texture1 Texture2 Pngs