Jak przeżyć Piątek Trzynastego i nie zwariować

Mroźne zimowe powietrze smagało jej twarz, gdy szybkim krokiem przemieszczała się w kierunku centrum Londynu. Białe śnieżynki przyozdabiały jej blond włosy i tworzyły coraz to większe zaspy w uliczce.  Umówiona na spotkanie z ważnym biznesmenem, nie miała prawa się spóźnić, a jednak! 
Nie chciała dać się zwariować, ale… Dzisiaj było trzynastego! Tak właśnie, trzynastego w piątek. Już sama myśl, o tym przyprawiała ją o dreszcze, a co dopiero przesądy, o których zawsze pamiętała, ale co roku powtarzała sobie, że nie da się całkiem zwariować. Przecież to tylko zwyczajny piątek, koniec tygodnia, konie pracy, odpoczynek. Zwykły zwyczajny piątek… Trzynastego, nie zapominaj!  Ughh… jak ona nie cierpiała, gdy musiała słuchać tego głosiku w swojej główce.
Postanowiła, że w tym roku będzie inaczej. Zapomni o przesądach, zapomni o dniach tygodnia, zapomni o liczbach w kalendarzu, po prostu zapomni o PECHU. Chociaż jej matka nigdy nie przywiązywała do zabobonów większej uwagi, uwielbiała straszyć córkę, opowiadając jej przeróżne historie związane z licznymi wypadkami w jej rodzinie – do każdej dołączony był przesąd i skutek… I tak drobna blondyneczka z oczami jak dwie kostki czekolady przez lata nauczyła się żyć, z tym, że piątek trzynastego po prostu jest i koniec… Choć kiedyś wierzyła we wszystko jak diabli, teraz wcale jej to nie ruszało. Ignorowała, nabijała się, a czasami po prostu zwyczajnie zapominała, ale właśnie dzisiaj było inaczej.
Dlaczego?
Bo była umówiona na ważne spotkanie, bo ustalała datę ślubu, który zbliżał się wielkimi krokami, bo do negocjacji miała projekt dużej brytyjskiej korporacji… Bo menu ślubne nie podobało się jej matce, bo spóźniała się na mega ważne spotkanie, bo była zima, było jej zimno, bo właśnie dzisiaj było tego durnego trzynastego i gdzieś w najdalszym zakątku swojej duszy blondynka z całych sił modliła się, aby nie dać się zwariować i nie dopuścić do siebie myśli, że coś pójdzie nie tak – a tyle rzeczy mogło się nie powieść!
Otuliła się szczelniej szalem, a na niesforne loki nałożyła kaptur, żeby wiatr nie zburzył jej fryzury. Ale z ciebie egoistka Jacqueline! Masz do wygrania ważny przetarg, a martwisz się włosami? Biedne włoski… Usłyszała jak jej drugie Ja śmieje się z niej sarkastycznie.
- Ughh… Zamknij się! Poza tym Queline, nie Jacqueline. Nie lubię te… - przerwała gwałtownie, a w zaśnieżonej uliczce powstała przerażająca cisza.
Dziewczyna opuściła kaptur i podeszła trochę w przód, nasłuchując. Nic. Cisza. Może się przesłyszała? Tak, to nawet całkiem możliwe, biorąc pod uwagę szelest wiatru i te sprawy…
Jej nieme nadzieje przerwało jedno wyraźne miauknięcie… potem drugie… trzecie… i w efekcie kilka następnych.
Nie, błagam nie teraz, nie dzisiaj! Tylko nie to… Zacisnęła mocno powieki i starała jak najprędzej obrócić się i pójść inną drogą. Jednak znów TO usłyszała.
Ciekawość wzięła górę i blondynka obróciła się, gwałtownie otwierając oczy. Z jej gardła wydobył się głośny sarkastyczny śmiech.
- Tylko tyle? – powiedziała z ironią i uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Pośrodku zaśnieżonej ulicy siedział malutki CZARNY kociak. Miał wielkie ciemne oczy, które świeciły w panującym półmroku i spoglądały na nią błagalnie. Miauknął przeraźliwie głośno, a Queline natychmiast współczuła mu, zapominając o swoich wcześniejszych obawach.
A przecież ten kot był CZARNY.
I do tego przeszedł jej przez drogę i stanął na środku na jej oczach.
Ale najwidoczniej to dziewczyny już wcale nie ruszało, bo powoli przybliżyła się do zwierzątka i wyciągnęła delikatnie rękę w jego stronę. Ten widząc jej uczciwe zamiary, wstał i trącił pyszczkiem jej palce. Uśmiechnęła się czule i podrapała go po brodzie.
- Co tutaj robisz sam, maleństwo? Zimno ci? A może jesteś głodny? – szepnęła, jakby bardziej do siebie, ale kotek popatrzył na nią błagalnie z błyskiem w oku i kolejny raz przeraźliwie miauknął. – A więc jednak… - w jasnobrązowych oczach dziewczyny również pojawiły się tajemnicze iskierki.
Wtedy czarny kociak spojrzał na nią, a ona wprost w jego oczy. Trwali tak chwilkę, a dziewczyna zupełnie nie wiedziała, czym zachwycił ją ten mały czarny kotek na środku pustej ulicy o 6 rano całkiem sam, ale troska wzięła górę i już po chwili poklepała swoje kolana, mówiąc: - No dawaj, wskakuj!
Zwierzątku nie trzeba było dwa razy powtarzać, bo w momencie znalazło się w wyznaczonym miejscu, mrucząc z zadowolenia, gdy za uszami poczuło delikatne palce swojej wybawczyni.
- I co ja mam tu teraz z tobą zrobić, co? – uniosła kotka na wysokość swoich oczu i uśmiechnęła się. – Raczej nie jesteś groźny, chory też nie…
Jej oględziny przerwał głośny dźwięk telefonu z głębi jej torebki. Zsunęła rękaw płaszcza z nadgarstka i spojrzała na zegarek.
Dochodziła ósma. Cholera!
Powinna być na spotkaniu już od pół godziny!
- Później się nad tym zastanowimy…– szepnęła i wepchnęła kotka do torebki.
Szalenie dobry pomysł Queline! – skomentowało jej drugie Ja, a ona ignorując to, pognała w kierunku wieżowca.
***
Jeszcze tylko jedna ulica, jeden hol, schody, winda, gabinet, sala konferencyjna,  spotkanie… Jeszcze trochę Quel, dasz radę! – pocieszała się w duchu, starając się opanować szalejący oddech i drżenie rąk. Jak najszybciej dobiegła do windy, kiwając uprzejmie portierowi. Wcisnęła guzik i zatrzymała wściekły wzrok na niewzruszonych stalowych drzwiach. Spóźniła się. Ona, jedna z ważniejszych osób w firmie, które mogły wywalczyć zwycięski przetarg – spóźniła się! I to tylko dlatego, że rano całkiem przypadkiem wypadło jej lustereczko od puderniczki, tłukąc się, a szklanka z zimną już kawą roztrzaskała się, bo dziewczyna trąciła ją łokciem. Całe szczęście, że zdążyła się przygotować jak należy.
Drzwi windy nadal pozostawały nienaruszone. Zaczęła ponownie wciskać guzik, nerwowo spoglądając na maszynę.
- Przepraszam najmocniej, panno Possible, ale…
- Błagam pana, nie teraz! Spieszę się…
- Ale proszę pani…
Odwróciła się na pięcie i wbiła w mężczyznę nienawistne spojrzenie.
- Co? – warknęła.
- Chciałem tylko powiedzieć – zaczął urażony – że winda nie działa, panno Possible. Właśnie dzwoniłem po…
- Ehh…
Minęła go zdenerwowana jeszcze bardziej i bynajmniej nie zauważając ogromnej tabliczki na ścianie: ŚLISKA PODŁOGA! UWAGA!  Wystarczyła jedynie chwila nieuwagi, a blondynka leżała na ziemi, nie do końca wiedząc, co się stało. Zaczęła rozmasowywać obolały nadgarstek, dalej siedząc na podłodze.
- Boże, panno Jacqueline. Najmocniej przepraszam. Proszę… - zauważyła nad sobą po raz kolejny postać portiera, który wyciągał w jej kierunku ręce i uśmiechał się współczująco.
Chwyciła się ich  i też pozwoliła sobie na uspakajający uśmiech. Uspokój się dziewczyno! Przecież nic się nie dzieje… - powtarzała spokojnie w myślach.
- Dziękuję. – odpowiedziała życzliwie.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Possible.
Wstała, ale próbując dostać się na schody, zauważyła coś jeszcze gorszego.
- Niee… - jęknęła, spostrzegając złamany obcas wysokich czarnych szpilek.
Wspięła się po schodach na to głupie siódme piętro, co było dla jej butów nie lada wyzwaniem. Sapiąc, z przyspieszonym do granic możliwości oddechem, wpadła do swojego biura, gdzie spotkała się ze zdziwionym wzrokiem swojej asystentki.
- Ja…Queline… Spotkanie już się zaczęło… Dzwoniłam… - Myriam zaczęła się jąkać.
- Nic się nie stało. Coś mnie po prostu zatrzymało. – ściągnęła z siebie płaszcz i popatrzyła bezradnie na swoje buty. – Myriam, jaki nosisz rozmiar?
- 37, panno Possible.
- Idealnie. – oblizała wargi -  Błagam pożycz mi buty! – dopadła do niej z błagającym wyrazem twarzy.
Dziewczyna zaśmiała się, po czym wręczyła blondynce parę ciemnych szpilek na platformie.
- I tak ich nie lubiłam. Nie musisz oddawać. – asystentka pokazała blondynce język.
- Jestem twoją dłużniczką. – zawołała Queline i popędziła w stronę sali konferencyjnej.
Na jej nieszczęście, w tym skrzydle wieżowca akurat prowadzono prace remontowe. Stanęła jak wryta, wpatrując się zahipnotyzowana w drabinę, na której stał młody przystojny mężczyzna.
- Niech to szlag! – mruknęła pod nosem -  Eee.. przepraszam, czy mógłby pan to złożyć i mnie przepuścić? Bardzo się spieszę. – posłała mu jeden z tych francuskich zniewalających uśmiechów.
- Nie da rady, młoda. Musisz przejść pod. – mrugnął do niej z błyskiem w oku.
- Tylko nie to… - szepnęła do siebie. – Naprawdę nic nie da się zrobić?
- No chyba nie boisz się przejść pod drabiną? Hahaha… - zaczął się głośno śmiać.
No coś ty Queline? Przecież ty nie wierzysz w takie rzeczy. – szepnęło podchwytliwie jej drugie Ja.
Warknęła rozdrażniona i z prędkością światła przeszła pod tą idiotyczną drabiną, która musiała się tutaj znaleźć akurat, kiedy ona spieszyła się na spotkanie, a do sali konferencyjnej nie było innej drogi.
- Tylko uważaj na facetów! – ten robotnik na drabinie zaśmiał się pod nosem z własnego żartu.
Jacqueline pognała do przodu, nie oglądając się za siebie. Z czerwoną teczką pod ręką i torebką już miała pchnąć ręką wielkie szklane drzwi, gdy poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń.
- Bóg z Tobą, moje dziecko.
Za wszelką cenę nie chciała się obracać, bo dobrze wiedziała, o co chodzi.
- Coś nie tak, siostro Vereno? – powiedziała przez zęby. – Jestem już spóźniona… - mruknęła do siebie.
- Ależ nie, moje dziecko. Obróć się, dawno Cię nie widziałam.
Co ty nie powiesz, Vereno? – myślała z ironią.
Zrobiła co nakazała jej siostra i ujrzała jej starą twarz, którą okalała górna część habitu.
- Pięknie wyglądasz, moje dziecko! Skop im tyłek Jaqcueline de Possible. Niech zobaczą, co to znaczy pochodzić z Francji! – blondynka uśmiechnęła się blado i jak najszybciej weszła do sali. Ujrzała mnóstwo facetów w czarnych garniturach i jej szefa stojącego „u szczytu” stołu.
- A oto i ona! Jacqueline Possible. Nasz największy francuski udziałowiec.
- Witam. – starała się, aby jej twarz pokazywała jak najmniej emocji.
Usiadła po prawej stronie swojego pracodawcy i z ulgą stwierdziła, że pora jej prezentacji jeszcze nie nadeszła. Posłała nieme podziękowanie w kierunku mężczyzny, na co on odpowiedział uśmiechem.
- A więc jak już mówiłem, nasz ranking… - Dan zamilkł i rozejrzał się podejrzliwie po sali. I wtedy jego wzrok spoczął na Jacqueline. Konkretniej na jej torebce.  A kotek akurat, w tej chwili miauknął – znowu. – Panno Possible? – jego brwi podjechały wysoko do góry.
- Ja… - jej policzki buchnęły czerwienią – Przepraszam na chwilę.
Wstała i najszybciej jak się tylko dało, dostała się do swojego biura, znów przechodząc pod tą durną drabiną. Ehh… czemu akurat dzisiaj?!
Stanęła w progu w kompletnej rozsypce, spoglądając na asystentkę.
- Jej! Queline, co się stało?!
- To! – warknęła przez zęby i podała jej torebkę, z której natychmiast wyskoczył mały kotek i zaczął biegać po biurze, bawiąc i drażniąc wszystkich jej współpracowników w najlepsze.
- Kot? Serio? – śmiech młodej dziewczyny rozniósł się wokoło.
- Prawie rozwalił całe spotkanie… Dodaj do tego drabinę, lusterko, zakonnicę i …
Myriam spojrzała na blondynkę z głupim wyrazem twarzy i dalej śmiała się w najlepsze.
- Przecież ty w to nawet nie wierzysz, Quel.
- Ale dzisiaj wszystko dosłownie się wali, Myriam!
- Oj tam! – poklepała ją przyjaźnie po ramieniu i lekko popchnęła w stronę wyjścia. – Wracaj tam, bo Dan Ci tym razem nie odpuści. – puściła do niej oczko i zniknęła za stertą papierów, prosząc kogoś o opiekę nad kotkiem.
Dobra, przynajmniej jedno z głowy… - z jej ust wydobyło się głębokie westchnienie ulgi i już po chwili znowu siedziała na miękkim krześle ze skóry, słuchając Dana.
- A pani, co o tym myśli, Jacqueline?
Wstała, lekko gładząc brzeg sukienki i przygryzając dolną wargę.
Nadszedł ten moment.
- Nasza pozycja na rynku światowym ciągle wzrasta, ale z całym szacunkiem do wszystkich zgromadzonych, nie sądzę, aby cokolwiek dało wprowadzanie do firmy nowych produktów. – zrobiła lekką pauzę dla polepszenie efektu.
To była właśnie ta chwila. Jacqueline miała wygłosić swój genialny plan opracowany z Danem, wtrącić kilka swoich pomysłów i wygrać największy przetarg w historii swojej kariery zawodowej. To był ten dzień, ta godzina, to pomieszczenie, ci ludzie… i ona.
Już miała zacząć, gdy poczuła się nadzwyczaj w świecie słabo. Chwyciła się mocno blatu stołu i starała się zachować równowagę, głęboko oddychając.
- Quel, co jest? – szepnął Dan z przerażeniem.
- Nie wiem. – westchnęła zrezygnowana, zamknęła oczy i odetchnęła głęboko.
Omiotła wzrokiem zgromadzonych ludzi, a z jej ust powoli zaczęły wypływać słowa. Wraz z płynącym czasem Queline nabrała pewności siebie i pod koniec prezentacji projektu była absolutnie pewna, że wygra. I wtedy ni stąd ni zowąd kichnęła i jeszcze mocniej złapała blat, aby nie upaść.
Mężczyźni popatrzyli na nią osłupieni.
No tak, przecież tobie nie wypada, Possible! Co się z tobą do cholery dzieje?!– upomniała się.
- Na tym chcielibyśmy zakończyć. – powiedział Dan, ratując blondynkę  po raz kolejny.
Jeden z facetów w garniturach wstał i zaczął klaskać, a ślad za nim poszli i inni.
- Gratulacje, panno Possible. Sprostała pani naszym wymaganiom. – uśmiechnął się. – Mam jednak wrażenie, że gdzieś już słyszałem podobną propozycję.
Dziewczyna zbladła i spojrzała na mężczyznę w totalnym osłupieniu.
- Zapewniam pana, że pomysł jest tylko i wyłącznie mój.- rzekła pewnie i  pomimo cieknącego nosa, pozwoliła sobie na powalający uśmiech.
- W takim razie… Gratuluje pani i pańskiej firmie. Wygraliście.
Przynajmniej jedna pozytywna informacja dzisiaj. – westchnęła z ulgą.
Dan wyściskał blondynkę  i dał jej chyba tysiąc chusteczek higienicznych, na końcu szeptając, że to chyba tylko zwykłe przeziębienie, ale kobieta ma się nie martwić, bo premia wynagrodzi jej cały trud.
Opadła na sofę w swoim gabinecie i z ulgą zaczęła masować swoje skronie. Nic mi nie jest, nic mi nie jest… - powtarzała w myślach w kółko.
Wtedy rozdzwonił się jej telefon.
- Dzwoni pan Roulette, połączyć? – zaświergotała Myriam, a dziewczyna mruknęła, że tak.
- Jacqueline? – usłyszała w słuchawce głos ukochanego.
- Boże David… Wygrałam przetarg! Wygrałam… - wysiliła się na entuzjastyczne brzmienie swojego głosu.
- Jacqueline, jest ktoś u ciebie?
- Nie…
Przed nią zmaterializował się wysoki brunet ze zmartwionym wyrazem twarzy.
- Musimy odwołać ślub. – powiedział poważnie.
- Że co?
- Odwołujemy ślub. Pojawiły się komplikacje…
- Żartujesz sobie? – blondynka wybuchła histerycznym śmiechem. – Jeszcze to do tego wszystkiego? Nie no, jakaś kumulacja pecha dzisiaj?!
- O co ci chodzi? – złapał ją za ramiona i spojrzał w oczy.
- Najpierw ta durna podłoga, potem katar, teraz ty… całe szczęście, że wygrałam przetarg.
- Jesteś cała rozpalona. – powiedział zaniepokojony.
- No widzisz! To ta cholerna zakonnica… mówiłam Ci o szklance i lusterku rano?
- Panikujesz kochanie…
- Wcale nie panikuję! – wydarła się i opadła osłabiona na sofę.
- Musiałaś się przeziębić dzisiaj rano… Szłaś w tym płaszczu? – wskazał na jesienny płaszczyk na wieszaku, a ona lekko kiwnęła głową.  – Przecież mamy środek zimy.
- Potem ten durny robotnik kazał mi przejść pod drabiną i pewnie teraz już w ogóle się nie pobierzemy! – lamentowała.
Mężczyzna przyciągnął ją do siebie, posadził na kolanach i uspakajająco zaczął głaskać ją po plecach.
- Za dużo pracujesz… Musisz odpocząć, Quel.
Wtedy znowu usłyszeli krzyk. David ściągnął ją z kolan i pobiegł do biura. Na środku leżała Myriam i rzucała się po podłodze. Jacqueline szybko podbiegła do niej wrzeszcząc na wszystkich po kolei, którzy zastygli jak słupy soli.
- Ona ma atak! Dzwońcie po karetkę.
***
Ratownicy właśnie znosili Myriam na noszach z podłączoną maską tlenową, podczas gdy Queline trzęsła się w ramionach swojego narzeczonego.
- To wszystko przez te buty, David. Te cholerne buty, rozumiesz?
- Quel, spokojnie. Wiedziałaś, przecież to nie pierwszy raz kiedy Myriam ma taki atak. To nie zależało do ciebie. – przekonywał spokojnie. – Chodź, wracamy do domu. Na dzisiaj koniec wrażeń.
- Czekaj, kotek…
- Kotek? – spojrzał na nią zdezorientowany.
- Spotkałam go dzisiaj rano i … zabrałam. Na pewno musi być gdzieś tutaj…
- Nie przestaniesz mnie zadziwiać.
- Ja i tak wiem swoje… Dzisiaj jest trzynasty, do tego piątek. Widzisz! Jakaś idiotyczna kumulacja wszystkiego akurat DZISIAJ! – szepnęła.
- Przecież ty w to nawet nie wierzysz, Queline. – zaśmiał się chłopak pod nosem.
- Dzisiaj aż za bardzo wierzę, wiesz?
Odpowiedział jej tylko głośny śmiech z głębi gabinetu.
***
Leżała na kanapie już od dobrych kilku minut. Dzwonili ze szpitala, że z Myriam już lepiej, ale i tak będzie musiała na dłużej tam zostać.
A więc jednak się spełniło… Rozstała się z bliską osobą, po tym jak ta dała jej te buty. Dołączyć do tego jeszcze to wszystko i…
Usłyszała trzask i piękną wiązankę przekleństw dochodzące z kuchni.
- David, okey?
- Jasne, tylko mi się sól wysypała.
- Sól?! – w momencie była w pomieszczeniu. – Tupnij trzy razy.
- Co ci dzisiaj jest, Quel? To tylko sól… - zaśmiał się.
- To jest pech, David! Tupnij.
Chłopak spojrzał na nią z politowaniem i tupnął trzy razy.
- Lepiej, księżniczko?
- O wiele. – odetchnęła głęboko i opadła na taboret.
 Wpadasz w paranoję.
- A ty się powtarzasz, książę. – dogryzła mu.
- Ehh… I jak ja z tobą wytrzymuje?
Spiorunowała go wzrokiem i urażona wyszła z kuchni. Czy to nie było idiotyczne, że te wszystkie rzeczy wydarzyły się akurat trzynastego w piątek i przytrafiły się akurat jej w dniu jej ważnego spotkanie? Czy to serio nie było dziwne?
Wzięła notatnik, jej ulubiony długopis i zaczęła pisać…
Jak przeżyć trzynastego w piątek i nie zwariować? – prosta instrukcja obsługi.
1.      Postaraj się nie używać luster, a jak już jakieś ci się napatoczy i coś z nim przypadkiem zrobisz, to zakop jego odłamki głęboko w ziemi. Najlepiej pozbądź się wszystkich jakie masz w domu lub pochowaj je w bezpieczne miejsca.
2.      Pod żadnym pozorem nie bierz do torebki małego czarnego kota, a jak go w ogóle zobaczysz na środku drogi gdziekolwiek jesteś, szybko zamknij oczy i najlepiej zwróć.
3.      Kiedy złamie Ci się obcas w szpilce, niezwłocznie wróć do domu po nową parę, bo pożyczanie, a w najgorszym wypadku sytuacja, kiedy ktoś podaruje Ci buty, może skończyć się naprawdę źle.
4.      Unikaj drabin jak ognia! Jeszcze zostaniesz starą panną albo twój narzeczony wyskoczy Ci z odwoływaniem ślubu.
5.      Jeżeli już spotkasz zakonnice przygotuj się na długi pobyt w łóżku lub popatrz na pierwszego lepszego mężczyznę.
6.      Najlepiej zaszyj się w swoim domu i pochowaj wszystkie (solniczki!) niebezpieczne rzecz…

- Kochanie, co piszesz? – David wyjął jej notatnik z rąk, stawiając kubek z gorącą czekoladą na stoliku.

- Nie… Nic ważnego. – ucięła i natychmiast oblała się rumieńcem.

Chłopak po chwili uśmiechnął się pobłażliwie, a z jego gardła wydobył się dźwięczny śmiech.

- Serio, Queline?
- No co?
- Nic, tylko…
Wytrzeszczył oczy i zaczął jeszcze bardziej chichotać.
- Z czego ty tak ryjesz, Roulette?
- Z ciebie, Possible. – posłała mi swój olśniewający uśmiech.
- Aha… nie no świetnie. – wzruszyła ramionami.
- Queline?
- Co?
- Ty serio wiesz, który dzisiaj jest?
- No przecież trąbie, o tym od rana! Piątek! Trzynastego! Kumulacja pecha…- wrzasnęła.
- Tak, dzisiaj piątek, ale…
Podniósł swojego IPhone’a i stuknął w ekran, na którym pokazała się data. Spojrzała na niego w osłupieniu.
- Miałaś rację Quel, dzisiaj jest piątek, ale nie trzynastego… czternastego, kochanie.
Cmoknął ją w czoło i znowu się roześmiał.
- Oj, daj już spokój. – wyrwała mu notatnik z ręki i zapisała ostatni punkt.

7.      A tak na serio to chrzań te wszystkie zasady i nie pozwól, aby ten dzień różnił się od pozostałych, bo możesz seryjnie zwariować.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów
CREDITS
Art Texture1 Texture2 Pngs